Taka piękna chwila - wyłączasz telefon, laptopa... Nie ma Cię dla nikogo...
15.12.2012 Sobota, godzina 15.00
Znów biegała po domu jak oszalała. Brak organizacji i nagle wynikające sprawy "niecierpiące zwłoki" gwarantowały jej jak zawsze dwakę mocnych wrażeń i spóźnienie. Na dworze mgła jak diabli, a ona znów musiała wsiąść w samochód i jechać 30 kilometrów przez pola i lasy. "Kochała" ten stan kiedy nic nie widzi przez przednią szybę. Zwaliła na środek pokoju wszystkie torby do zabrania (a było tego sporo) i sprawdziła czy ma wszystko to co niezbędne. "Świece są, gorset mam, buty, bielizna, zapalniczka, kosmetyki, zeszyty są. Dokumenty? No właśnie! Gdzie ja u diabła mam dokumenty?!" pomyślała i rzuciła się do przeszukiwania toreb. Po dwukrotnym wyrzuceniu ich zawartości i przebiegnięciu w panice całego domu przypomniała sobie, że zostawiła je w kieszeni od kurtki. Denerwowała się strasznie. Dziś przypadała ich rocznica i wszystko musiało być perfekcyjne. Ale jeśli miało być perfekcyjne to miała 10 minut na ułożenie włosów, ubranie się i wyjście aby zdązyć na czas. Wywlekła się z sześcioma torbami do samochodu i wróciła zrobić "kosmetykę". "Że też musi padać..." pomyślała zrezygnowana. Upięła luźno włosy, bo i tak wiedziała, że zrobią jej się te cholernie znienawidzone fale i loki od wilgoci. "Cóż taki urok" powiedziała do siebie głośno malując delikatnie oczy. Uwielbiała swój lekki standardowy makijaż, który nadawał jej bezbłędnego charakteru. Obłędnie długie rzęsy, duże oczy i słodko podkoloryzowane usta dawały najpiękniejszy efekt. Mocne kreski i kolorowe powieki zostawiała na suche, ciepłe dni. A w taki dzień jak dziś wolała lekki puder, błyszczyk i tusz do rzęs. Wystarczyło żeby wyglądać naturalnie acz zalotnie. Szalenie zależało jej na tym żeby dziś wszystko było idealne. O 17 szli na obiad a wieczorem do kina na ich ulubiony gatunek - komedię romantyczną. Pod tym względem nigdy nie mieli problemu z wybraniem filmu. Popołudnie i wieczór należał do nich. Wyciszyła telefon, wyłączyła wibracje i wrzuciła go w torebkę. Na FB zmieniła status na "niedostępną" i gnana ciekawością co dziś się wydarzy pojechała na spotkanie...
Dzień później, niedziela, godzina nieokreślona, wczesny ranek (dla niej nadal ciemna noc)...
Zwlekła się kompletnie nieprzytomna z łożka. Wciągnęła legginsy i bluzę. Poszła do łazienki ogarnąć włosy, które miała w totalnym nieładzie. Wczoraj siedzieli do późna, a dziś trzeba było wstać do pracy. "To chore wysyłać człowieka do pracy o 6 rano" pomyślała i ziewając rozdzierająco założyła buty. Z zazdrością popatrzyła na swojego psa, który spał w najlepsze zakopany w pościeli. "Nienawidzę tego, że Ty możesz spać a ja muszę harować jak idiotka." Takie już było życie...
Dotarła do pracy. Około 9 uporała się z obowiązkami firmowymi i postanowiła włączyć laptopa. Zasypały ją kilogramy spamu na poczcie i powiadomienia z FB. Między innymi wiadomość, która doprowadziła ją do białej gorączki i zaraz obudziła z wczorajszego słodkiego stanu. Zawrzało w niej. do 20 była kompletnie niedyspozycyjna, a na poniedziałek miała do zrobienia sporą pracę na uczelnię. I to SAMA jak wynikało z tego wszystkiego! Tego już było za wiele. "A miał być piękny i spokojny weekend" pomyślała z goryczą i z podobną goryczą odpisała. Nie obchodziły jej konsekwencje. Jak zawsze zresztą. Dość miała podobnych doświadczeń i pomiatania. Złość doprowadzała ją do pasji. Znów musiała zmagać się ze wszystkim i sama przebrnąć przez cały materiał. Znów w pracy była tylko połowicznie. Wkurzała się nieziemsko. I doskonale wiedziała, że poniedziałek będzie wulkanem furii wewnętrznej. Ale będzie zimna i twarda. Opanowana. Nie daje się wyprowadzić z równowagi. Nie może. Nie tym razem...
Znów biegała po domu jak oszalała. Brak organizacji i nagle wynikające sprawy "niecierpiące zwłoki" gwarantowały jej jak zawsze dwakę mocnych wrażeń i spóźnienie. Na dworze mgła jak diabli, a ona znów musiała wsiąść w samochód i jechać 30 kilometrów przez pola i lasy. "Kochała" ten stan kiedy nic nie widzi przez przednią szybę. Zwaliła na środek pokoju wszystkie torby do zabrania (a było tego sporo) i sprawdziła czy ma wszystko to co niezbędne. "Świece są, gorset mam, buty, bielizna, zapalniczka, kosmetyki, zeszyty są. Dokumenty? No właśnie! Gdzie ja u diabła mam dokumenty?!" pomyślała i rzuciła się do przeszukiwania toreb. Po dwukrotnym wyrzuceniu ich zawartości i przebiegnięciu w panice całego domu przypomniała sobie, że zostawiła je w kieszeni od kurtki. Denerwowała się strasznie. Dziś przypadała ich rocznica i wszystko musiało być perfekcyjne. Ale jeśli miało być perfekcyjne to miała 10 minut na ułożenie włosów, ubranie się i wyjście aby zdązyć na czas. Wywlekła się z sześcioma torbami do samochodu i wróciła zrobić "kosmetykę". "Że też musi padać..." pomyślała zrezygnowana. Upięła luźno włosy, bo i tak wiedziała, że zrobią jej się te cholernie znienawidzone fale i loki od wilgoci. "Cóż taki urok" powiedziała do siebie głośno malując delikatnie oczy. Uwielbiała swój lekki standardowy makijaż, który nadawał jej bezbłędnego charakteru. Obłędnie długie rzęsy, duże oczy i słodko podkoloryzowane usta dawały najpiękniejszy efekt. Mocne kreski i kolorowe powieki zostawiała na suche, ciepłe dni. A w taki dzień jak dziś wolała lekki puder, błyszczyk i tusz do rzęs. Wystarczyło żeby wyglądać naturalnie acz zalotnie. Szalenie zależało jej na tym żeby dziś wszystko było idealne. O 17 szli na obiad a wieczorem do kina na ich ulubiony gatunek - komedię romantyczną. Pod tym względem nigdy nie mieli problemu z wybraniem filmu. Popołudnie i wieczór należał do nich. Wyciszyła telefon, wyłączyła wibracje i wrzuciła go w torebkę. Na FB zmieniła status na "niedostępną" i gnana ciekawością co dziś się wydarzy pojechała na spotkanie...
Dzień później, niedziela, godzina nieokreślona, wczesny ranek (dla niej nadal ciemna noc)...
Zwlekła się kompletnie nieprzytomna z łożka. Wciągnęła legginsy i bluzę. Poszła do łazienki ogarnąć włosy, które miała w totalnym nieładzie. Wczoraj siedzieli do późna, a dziś trzeba było wstać do pracy. "To chore wysyłać człowieka do pracy o 6 rano" pomyślała i ziewając rozdzierająco założyła buty. Z zazdrością popatrzyła na swojego psa, który spał w najlepsze zakopany w pościeli. "Nienawidzę tego, że Ty możesz spać a ja muszę harować jak idiotka." Takie już było życie...
Dotarła do pracy. Około 9 uporała się z obowiązkami firmowymi i postanowiła włączyć laptopa. Zasypały ją kilogramy spamu na poczcie i powiadomienia z FB. Między innymi wiadomość, która doprowadziła ją do białej gorączki i zaraz obudziła z wczorajszego słodkiego stanu. Zawrzało w niej. do 20 była kompletnie niedyspozycyjna, a na poniedziałek miała do zrobienia sporą pracę na uczelnię. I to SAMA jak wynikało z tego wszystkiego! Tego już było za wiele. "A miał być piękny i spokojny weekend" pomyślała z goryczą i z podobną goryczą odpisała. Nie obchodziły jej konsekwencje. Jak zawsze zresztą. Dość miała podobnych doświadczeń i pomiatania. Złość doprowadzała ją do pasji. Znów musiała zmagać się ze wszystkim i sama przebrnąć przez cały materiał. Znów w pracy była tylko połowicznie. Wkurzała się nieziemsko. I doskonale wiedziała, że poniedziałek będzie wulkanem furii wewnętrznej. Ale będzie zimna i twarda. Opanowana. Nie daje się wyprowadzić z równowagi. Nie może. Nie tym razem...