A czy nie lepiej by było po prostu...
Cierpiała. Zdawała się nie wiedzieć co działo się wokół niej. Była
otępiała i zawieszona w jakby innym świecie. Trwała godzinami w
śmiertelnej ciszy. Bała się. Zaczynała rozumieć co oznacza 1 500
kilometrów i trzy tygodnie. Dla niej to oznaczało lęk i niewypowiedzianą
udrękę. Starała się o tym nie myśleć jak najdłużej ale wiedziała, że
wiecznie nie może się oszukiwać. Dziś rano się o tym przekonała. Napisał
jej, że to ostatni tydzień. Zacisnęła dłonie z bólu. "Żeby tylko nie
płakać..." pomyślała i rzuciła telefon na łózko. Wiedział, że nie
chciała o tym słyszeć ale był tak podekscytowany, że cały czas jej to
przypominał. Już mu nie okazywała jak bardzo ją to boli. Nie myślał o
konsekwencjach jakie to może w niej wywołać. Wiedziała jedno-jeśli on
naprawdę wyjedzie to musi się oddać pracy, nauce i sobie. Zdawała sobie
sprawę z ciężaru tej decyzji ale wiedziała, że może dać radę.
Potrzebowała tylko źródła siły. A tego nie wiedziała gdzie szukać.
Brakowało jej inspiracji. Momentami zastanawiała się czy nie byłoby
lepiej dla niej zapomnieć o sprawie i odejść, ale spokoju nie dawała jej
myśl o nim. Kochała go i nie potrafiła zrezygnować z niego na długo.
Przyszło jej walczyć o ich wspólne szczęście więc pierwsze co
postanowiła to zniszczyć pamięć o przeszłości. Wstała z łóżka i otwarła
szafkę. Na jej dnie ukryte od dawna leżały listy i fotografie. Wyjęła je
drżącymi rękoma i zabrała z torby zapalniczkę. Nie patrząc na nic
położyła mały stos w kominku i podpaliła. Suchy papier szybko zajął się
ogniem. Patrzyła na migotliwy płomień i czuła spadający z serca ciężar. W
duszy pomyślała tylko o koledze z pracy, który ją do takiego ruchu
przekonał. "Dziękuję Ci A." pomyślała i z uśmiechem i lekkim sercem
ruszyła w nową drogę po swoje szczęście.